Interwencja USA w Wenezueli i co dalej?

Oliwia Stworzyjan

REDAKCJA SZ

3/2/20262 min czytać

Czy operację Absolute Resolve można uznać za sukces Waszyngtonu? Styczniowe wydarzenia w Caracas ponownie otworzyły debatę o logice jaką kieruje się Donald Trump w stosunkach międzynarodowych. Mimo bezprecedensowej interwencji sił specjalnych USA, w boliwariańskim kraju jak dotąd niewiele się zmieniło. Daleko do pełni wolności obywatelskich i pluralizmu politycznego, a obecna administracja nawet nie wspomina o szerzeniu demokracji i praw człowieka. Jakie interesy stały więc za kontrowersyjną akcją i czy dzięki niej „Wenezuela znowu stanie się wielka”.

Pomimo udanego schwytania Nicolasa Maduro dotychczasowy rozwój wydarzeń wskazuje, że zmiana reżimu nie była celem Białego Domu. U sterów władzy pozostały osoby z najbliższego otoczenia autorytarnego dyktatora, a ogłoszona amnestia więźniów politycznych okazała się symboliczna. Tymczasowe obowiązki prezydenta przejęła Delcy Rodríguez, była zastępczyni Nicolasa Maduro. Przywódczyni deklaruje mu lojalność, ale jednocześnie prowadzi dialog z Waszyngtonem. Chociaż zapowiedziała przeprowadzenie demokratycznych wyborów nie wiadomo, kiedy się one odbędą. Najistotniejszą zmianę stanowi otwarcie przemysłu naftowego dla zagranicznych inwestorów. Jest to przełomowy krok, gdyż kraj posiada największe na świecie rezerwy ropy, które przez lata pozostawały znacjonalizowane. Nic więc dziwnego, że Stany Zjednoczone dostrzegły w tym potencjał.

To zainteresowanie USA zasobami Wenezueli trudno jednak analizować bez odniesienia do stylu politycznego amerykańskiego prezydenta. Donald Trump kreuje wizję geopolityki opartej na osobistych relacjach. Otwarcie dzieli światowych przywódców na tych, których darzy sympatią lub nie. Maduro bez wątpienia należy do tej drugiej grupy, co działa na jego niekorzyść. Jego nieposłuszeństwo wobec żądań Waszyngtonu mogło zostać odebrane jako podważenie siły globalnego mocarstwa. Biały Dom nie mógł pozostawić tego bez odpowiedzi, czego skutki oglądaliśmy 3 stycznia. Dlaczego jednak USA nie podjęły próby odsunięcia od władzy pozostałych Chavistów? Jak sam lider Republikanów przyznaje, obecna ekipa rządząca odrobiła lekcję z doświadczeń poprzednich administracji. Interwencje militarne z czasów Obamy i George’a W. Busha pokazały, że wprowadzenie demokracji nie zawsze kończy się sukcesem. Trump, który obwinia demokratów za niepowodzenie misji w Afganistanie, może postrzegać ewentualną próbę zmiany rządu w Caracas jako podobne ryzyko wizerunkowe. W odróżnieniu od swoich poprzedników, dla obecnego prezydenta polityka zagraniczna nie polega na szerzeniu ideałów, lecz na robieniu interesów. Zgodnie z doktryną „America First” przywódca ruchu MAGA jest gotowy na współpracę z każdym, z kim będzie to korzystne. W tej sytuacji stawką dla Waszyngtonu są zyski z wydobycia wenezuelskiej ropy naftowej. Jakkolwiek nie spełnia to oczekiwań wielu, instytucje demokratyczne i poszanowanie praw człowieka nie są konieczne do prowadzenia biznesu. Biały Dom nie potrzebuje w Caracas pokoju, lecz spokoju, co najprościej może zyskać przez współpracę z przedstawicielami Chavismo.

Co w takim razie dalej czeka Wenezuelę? Wygląda na to, że rząd będzie próbował współpracować z USA przy jednoczesnym zachowaniu autorytarnych struktur. Przede wszystkim, oznacza to otwarcie na inwestycje północnoamerykańskich firm naftowych. Konieczność modernizacji infrastruktury przemysłu sprawia jednak, że zyski z przedsięwzięcia będą widoczne dopiero w długim okresie. Jeżeli chodzi o politykę zagraniczną USA, niewykluczone, że operacja w Caracas jest jedynie początkiem kampanii poszerzania wpływów na półkuli zachodniej. Najbliższe miesiące pokażą, na ile mamy do czynienia z realizacją współczesnej wersji Doktryny Monroe i odrodzeniem tendencji imperialistycznych w regionie.